To nie historia
sukcesu.
To historia
przebudzenia.
Jestem szczęśliwym mężem jednej żony od 25 lat i ojcem trzech synów. Rodzina i wiara są dla mnie fundamentem. Ale nie zawsze żyłem w zgodzie ze sobą.
Przez blisko 10 lat pracowałem w prestiżowej korporacji finansowej w Warszawie. Dobre pieniądze, bezpieczeństwo, perspektywy.
Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze. A jednak coraz częściej miałem wrażenie, że żyję poprawnie, ale nie swoim życiem. Wszystko było „w porządku”, ale gdzieś głęboko brakowało mi prawdziwego poczucia sensu. To nie było "moje miejsce". Obserwując, jak szybko mijają miesiące i lata, coraz częściej zadawałem sobie pytanie: „Czy tak będzie wyglądać reszta mojego życia?” Nie wiedziałem wtedy, że organizm już zna odpowiedź. 22 lata temu powiedział mi bardzo wyraźnie „dość”. Kumulacja długotrwałego stresu — upadłość dewelopera budującego nasze wymarzone mieszkanie, zagrożona ciąża naszego pierwszego dziecka, problemy zdrowotne żony, presja „domowego żywiciela” i poczucie uwięzienia w tym, co dziś nazywam złotymi kajdanami korporacji — uruchomiły nerwicę lękową. Pamiętam strach i pytanie, którego wielu mężczyzn nie wypowiada na głos: „Co się ze mną dzieje?” A jednocześnie dalej próbowałem być silny. Pracować. Zarabiać. Nie zawieść rodziny. Nie martwić bliskich. Wstydziłem się wyznać prawdę. Nie szukałem wtedy wielkich życiowych lekcji. Chciałem po prostu normalnie żyć. Dlatego odszedłem z bankowości szukając zmiany i przestrzeni dla siebie. Zostałem CEO ambitnego przedsięwzięcia — siedem lat wyzwania stworzenia zespołu i budowy parku technologicznego dla branży IT, od wizji do gotowego obiektu i modelu biznesowego. Kiedy wydawało się, że wszystko zaczyna się układać, życie napisało kolejny rozdział. Po niespodziewanej śmierci mojego taty podjąłem sukcesję prowadzenia rodzinnej firmy budowlanej. Przez osiem lat prowadziłem ją, ucząc się odpowiedzialności, pokory i rzeczy, których nie da się przeczytać w żadnej książce. Równocześnie do kariery zawodowej przez ponad 20 lat uczyłem się też czegoś innego. Jak żyć z lękiem, nie pozwalając mu prowadzić mojego życia. Jak nie marnować trudnych doświadczeń. Jak nie odkładać życia na później. I zrozumiałem coś ważnego. Przez większość życia bardziej spełniałem oczekiwania niż odkrywałem swoje powołanie. Byłem dobry w wielu rzeczach. Potrafiłem brać odpowiedzialność, "dowozić" wyniki i nie poddawać się pod presją. Ale coraz wyraźniej czułem, że zostałem stworzony do czegoś innego. Nie do realizowania projektów inwestycyjnych, budowania budynków. Do budowania ludzi. Nie do życia według cudzego scenariusza i ograniczających przekonań. Do życia zgodnego z tym, jak zostałem obdarowany. Kilka lat temu zdobyłem się na odwagę, żeby zacząć od nowa. Na nowej drodze odkryłem Positive Intelligence. Nie jako kolejną metodę rozwoju osobistego, ale jako praktyczne narzędzia do budowania "antykrychości" — pomagające trenować umysł, budować odporność psychiczną, zdrowe relacje i większy pokój w głowie. Głębiej zrozumiałem również własne talenty. I zrozumiałem, że puszczanie talentów w obieg nie jest przywilejem. Jest obowiązkiem. Bo człowiek doświadcza spełnienia wtedy, gdy to, co ma w sobie najlepszego, staje się darem dla innych. Im jestem starszy, tym bardziej rozumiem mężczyzn mojego pokolenia. Tych, którzy są gdzieś pośrodku. Między dorastającymi dziećmi, a starzejącymi się rodzicami. Między odpowiedzialnością za rodzinę, pracę i finanse, a tęsknotą za spokojem, bliskością i życiem, którego nie trzeba będzie kiedyś żałować. Dlatego dziś pracuję z liderami, przedsiębiorcami i mężczyznami, którzy — tak jak ja kiedyś — niosą na barkach odpowiedzialność za rodzinę i innych ludzi. Nie jestem guru. Nie mam gotowych odpowiedzi na wszystkie pytania. Jestem raczej człowiekiem, który sam wielokrotnie gubił drogę, ale nauczył się wracać. Wierzę, że człowiek może stać się silniejszy dzięki temu, co go spotyka. Że dobre relacje są ważniejsze niż sukces, którego nie ma z kim świętować. I że szczęśliwe życie nie zaczyna się wtedy, gdy wszystko się ułoży. Zaczyna się wtedy, gdy przestajemy odkładać życie na później. Jeśli czasem czujesz, że wszyscy czegoś od Ciebie potrzebują, a Ty już nie pamiętasz, kiedy ostatni raz naprawdę odetchnąłeś… Jeśli zadajesz sobie pytanie: „Czy to już wszystko?” …to chcę, żebyś wiedział jedno. Nie jesteś sam. I nie musisz przechodzić tej drogi sam. Wiem, bo sam nią idę.
Żyj. Tak naprawdę. Bo tu, na ziemi, masz tylko jedno życie.